Po zakończeniu obrad Konferencji Episkopatu Polski w Łomży biskupi ponownie zabrali głos w sprawie szkoły. Krytykują proponowaną przez Ministerstwo Edukacji edukację zdrowotną i domagają się obowiązkowego wyboru między religią a etyką. Ich zdaniem program dotyczący seksualności człowieka podważa tradycyjny model rodziny i nie przedstawia jej w wystarczająco „prorodzinnej” perspektywie.
Trudno jednak nie zadać prostego pytania: dlaczego to właśnie biskupi mieliby rozstrzygać, jak powinny wyglądać programy nauczania w państwowych szkołach?
Kościół katolicki ma pełne prawo nauczać swoich wiernych. Może przypominać, że małżeństwo jest związkiem kobiety i mężczyzny, może promować własną wizję rodziny i wychowania. Od tego właśnie jest. Ale kiedy hierarchowie zaczynają przedstawiać siebie jako recenzentów państwowej edukacji, pojawia się pewien zgrzyt.
Bo przecież szkoła publiczna nie istnieje po to, by realizować program jakiejkolwiek wspólnoty religijnej. Nie jest katolicka, protestancka, ateistyczna ani muzułmańska. Jest wspólna. I właśnie dlatego nie może należeć do nikogo.
Zastanawia mnie coś jeszcze. Gdy państwo próbuje ingerować w życie Kościoła, słyszymy słuszne skądinąd apele o autonomię i niezależność. Kiedy jednak przychodzi do edukacji, część hierarchów zdaje się uważać, że ta zasada działa tylko w jedną stronę.
Może więc warto przyjąć prostą regułę: państwo nie powinno mówić Kościołowi, czego ma nauczać podczas katechezy, a Kościół nie powinien mówić państwu, jak mają wyglądać programy szkolne. Wydaje się to uczciwym kompromisem.
Bo jeśli zgodzimy się, że każda grupa posiadająca silne przekonania może współdecydować o treści szkolnych podręczników, to dlaczego mielibyśmy zatrzymać się akurat na biskupach? Przecież swoich ekspertów mają również politycy, związki zawodowe, organizacje społeczne czy rozmaite środowiska ideowe. Wtedy szkoła przestanie być miejscem zdobywania wiedzy, a stanie się polem niekończącej się wojny o to, kto akurat ma prawo wychowywać cudze dzieci.
I chyba właśnie to jest najdziwniejsze w całym sporze. W kraju, w którym coraz więcej młodych ludzi odwraca się od Kościoła, hierarchowie zamiast zastanowić się nad przyczynami tego zjawiska, po raz kolejny próbują wpływać na państwową szkołę. Jakby ratunkiem dla wiary miały być kolejne apele, uchwały i stanowiska.
Tyle że wiary nie da się zadekretować. A autorytetu nie da się wpisać do podstawy programowej.

